Jak znaleźć sposób na to, aby pójść dalej? Obecnie jestem na etapie, że zrozumiałam, że on nie jest dla mnie i generalnie, że moja sytuacja jest mega chujowa. No bo tak, kocham ale nie mogę nic z tym zrobić. I nie chce mi się słuchać pierdolenia, że powinnam walczyć. Przecież go znam.
Niby to wszystko wiem. Dotarło. Ale nadal robię te wszystkie głupie rzeczy, o których pisałam wcześniej. Jeżdżę, szukam, szperam i oglądam stare zdjęcia (wolę video bo na nich jest jego głos).
Gdy jeżdżę po mieście i szukam go w miejscach, w których bywa to nawet nie chce go spotkać czy z nim gadać. Sama wiedza, co robi w danym momencie mi wystarcza. Jego messengera włączam średnio 2 razy na 10 minut. Czyli co pięć minut. Jestem sobą załamana.
Po co ja to robię? Po co mam nasze wspólne zdjęcie na tapecie?
Mam wrażenie, że wtedy jest obok mnie. Że coś nas łączy. Że nie jest zwykłym kumplem.
Bo nie jest.
Budzę się o 8. Sprawdzam, czy był dziś online. Jeżeli był, to albo się przebudził i wszedł albo już zasuwa do roboty. Jeżeli nie był online, to śpi i ma wyjebane w pracę.
I tak wygląda każdy mój poranek odkąd nie chodzę do szkoły. Ale co tam, zrozumiałam, że nic z tego nie będzie.
Generalnie jak ktoś mnie widzi i ze mną przebywa to raczej nie uważa, że jestem jakaś nieszczęśliwa
Potrafię grać. Zawsze się uśmiecham i szczerzę zęby. Opowiadam jak to u mnie jest zajebiście.
Robię to, bo to jest bardziej atrakcyjne niż pokazywanie swoich słabości. Może to głupota ale tak uważam.
Na przykład teraz jest 20:10, był online 8 minut temu. Jest ładna pogoda, czyli jest 99% prawdopodobieństwa, że siedzi w aucie, albo nie siedzi tylko się o nie opiera biorąc kolejnego bucha.
1% to jest jego lenistwo i jest w domu. Ale raczej byłby stale online. Tak, właśnie tak - moje życie jest nienormalne. Pochłaniam mnóstwo swojego czasu na układanie historyjek, co tam on porabia.
Ale co tam, zrozumiałam, że nic z tego nie będzie.
Nawet nie przeraża mnie to, że moje największe marzenie się nigdy nie spełni. Przeraża mnie to, że przez to, że ciągle mam Tylko Jego W głowie nie ułożę sobie życia, że przeoczę fajnego gościa, któremu będzie na mnie zależało. Zostanę sama.
Boje się też dnia, w którym się dowiem, że kogoś ma. Cholera.
Sory, za moje słownictwo niskich lotów dziś. Musiałam.
O zyciu bardzo subiektywnie
poniedziałek, 5 czerwca 2017
niedziela, 4 czerwca 2017
Miłosc
Stwierdziłam, że nie ma dla mnie nic bardziej upokarzającego niż miłość. To właśnie przez nią,
a może dla niej - przez ostatnie dwa lata zrobiłam mnóstwo głupot. Nie mam na myśli podcinania sobie żył, czy skakania w ogień. Myślę o poświęcaniu swoich zasad dla kogoś. Zasad o swojej
niezłomności. Bycie na każde zawołanie, oferowanie swojej pomocy, bycie "drugą mamusią".
To wszystko dla kolegi.Kolegi.
Każda dziewczyna wie, jak to jest. Jak to jest, gdy Ty chcesz, a On tego nie widzi. Starasz się, chcesz, żeby było Mu jak najlepiej, a On jest synonimem ignorancji.
Dwa lata zajęło mi dojrzewanie do tej myśli. Dwóch lat potrzebowałam, żeby zrozumieć, że to co czuję, czuję sama. Jedyna z tej dwójki.
Boli mnie, że tak wiele rozmawialiśmy, że tyle nocy przepisaliśmy na fejsie, a jedyne co dziś potrafimy powiedzieć to "Siema!".
Chciałam, żeby był to dobry tekst, który mnie w pewien sposób oczyści z żalu. Nachodzi mnie tyle różnych myśli, że powstaje chaos, którego nie potrafię ogarnąć.
Jestem na siebie zła, za to, że nie potrafię czuć złości. Jedyne, co czuję to to, że jest mi cholernie przykro. Czuję się jakbym w środku szkolnej akademii zapomniała słów recytowanego wiersza, wszyscy na mnie patrzą i popadają w konsternację. Tylko, że Ci ludzie wiedzą o czym ma być ten wiersz, a On nie wie, nie rozumie, co ja przez swoje zachowanie chcę mu okazać.
Kilkanaście już wieczorów poświęciłam na układanie tekstów, sposobów na powiedzeniu Mu o tym.
Odliczałam dni, kiedy to nareszcie się wydarzy. I nic. I nie zrobiłam tego. Chyba nie potrafię. Nie boję się o siebie. Boje się o niego i o jego uczucia. Mamy po dwadzieścia lat, a On nigdy nie był w takiej sytuacji. Wiele osób, myśli, że On nie potrafi czuć. Jednak się przede mną otworzył i okazał stronę, której nikt inny nie zna. Może dlatego, że poznałam go dobrze, boję się mu powiedzieć.
a może dla niej - przez ostatnie dwa lata zrobiłam mnóstwo głupot. Nie mam na myśli podcinania sobie żył, czy skakania w ogień. Myślę o poświęcaniu swoich zasad dla kogoś. Zasad o swojej
niezłomności. Bycie na każde zawołanie, oferowanie swojej pomocy, bycie "drugą mamusią".
To wszystko dla kolegi.
Każda dziewczyna wie, jak to jest. Jak to jest, gdy Ty chcesz, a On tego nie widzi. Starasz się, chcesz, żeby było Mu jak najlepiej, a On jest synonimem ignorancji.
Dwa lata zajęło mi dojrzewanie do tej myśli. Dwóch lat potrzebowałam, żeby zrozumieć, że to co czuję, czuję sama. Jedyna z tej dwójki.
Boli mnie, że tak wiele rozmawialiśmy, że tyle nocy przepisaliśmy na fejsie, a jedyne co dziś potrafimy powiedzieć to "Siema!".
Chciałam, żeby był to dobry tekst, który mnie w pewien sposób oczyści z żalu. Nachodzi mnie tyle różnych myśli, że powstaje chaos, którego nie potrafię ogarnąć.
Jestem na siebie zła, za to, że nie potrafię czuć złości. Jedyne, co czuję to to, że jest mi cholernie przykro. Czuję się jakbym w środku szkolnej akademii zapomniała słów recytowanego wiersza, wszyscy na mnie patrzą i popadają w konsternację. Tylko, że Ci ludzie wiedzą o czym ma być ten wiersz, a On nie wie, nie rozumie, co ja przez swoje zachowanie chcę mu okazać.
Kilkanaście już wieczorów poświęciłam na układanie tekstów, sposobów na powiedzeniu Mu o tym.
Odliczałam dni, kiedy to nareszcie się wydarzy. I nic. I nie zrobiłam tego. Chyba nie potrafię. Nie boję się o siebie. Boje się o niego i o jego uczucia. Mamy po dwadzieścia lat, a On nigdy nie był w takiej sytuacji. Wiele osób, myśli, że On nie potrafi czuć. Jednak się przede mną otworzył i okazał stronę, której nikt inny nie zna. Może dlatego, że poznałam go dobrze, boję się mu powiedzieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)